Kiedy po raz pierwszy poczułaś, że systemowa szkoła może nie być miejscem dla Twojego dziecka – i co wtedy zadziało się w Tobie jako w matce?
Nigdy nie byłam fanką szkoły, mam sporo swoich wspomnień ze szkoły i niestety w większości są one negatywne. I nie chodzi o szkolnych znajomych, a przede wszystkim o nauczycieli. Jak najstarszy syn był w zerówce i zaczęliśmy myśleć o szkole to czułam zagubienie. Nie przekonywała mnie żadna szkoła, a mąż od razu mówił od edukacji domowej. W międzyczasie spotkałam znajomą, która też zaczęła o tym mówić i świadomość tego, że nie będę w tym sama, sprawiła, że podjęcie decyzji było łatwiejsze.
Zapisaliśmy syna do edukacji domowej z myślą, że w każdej chwili może iść do systemowej szkoły. Jednak realizuje on obowiązek nauki w trybie edukacji domowej od 6 lat i nigdy nie chodził do szkoły. Tak jak młodszy syn (jest w 5 klasie).
Co oznacza dla Ciebie bycie matką-edukatorką – gdzie kończy się rola mamy, a zaczyna rola nauczycielki, a gdzie one się splatają?
Bardzo trudno było mi to rozdzielić na początku. Musiałam się tak naprawdę „odszkolnić” i przestać myśleć jak „nauczycielka”, tylko bardziej jak przewodnik po edukacji. Teraz po tych 6 latach jest łatwiej, mamy ustalone godziny nauki i wtedy jestem edukatorką, a bardziej czuwającą mamą – bo staram się, żeby chłopaki brali już odpowiedzialność za swoją naukę i uczyli się sami. Gdy ten czas nauki się kończy, to wracamy na tory „mama-dziecko”.
Jak edukacja domowa zmieniła Twoje dziecko, ale też Ciebie – Twoje spojrzenie na rozwój, normy, tempo, sukces?
W edukacji domowej moja cierpliwość na pewno zostaje wystawiona na próbę. Każdego dniu nauki, gdy myślę, że już nie dam rady dłużej – okazuje się, że jednak potrafię unieść więcej niż wczoraj. Przestają się liczyć dla mnie oceny, chociaż pierwsza trójka na świadectwie mnie bolała, a syn się cieszył, że w ogóle zaliczył przedmiot. Uczę się większego „luzu” i zaufania dzieciom w kwestii edukacji. A jak zmieniła chłopaków? Nie wiem, nie mam porównania do niczego ze względu na to, że od zawsze się uczą w domu. Na pewno rano mogą dłużej spać, mają więcej czasu na swoje pasje i zajęcia dodatkowe.
Z czym było – albo nadal jest – najtrudniej w tej decyzji: z lękiem, samotnością, oceną otoczenia, odpowiedzialnością?
Najtrudniej jest mi z odpowiedzialnością. Mimo tego, że moje dzieci zaczynają się uczyć same to odpowiedzialność spoczywa nadal na mnie. Ja formalnie jestem zobowiązana do tego, aby byli przygotowani do egzaminów. Z oceną otoczenia już sobie radzę, nie robi to na mnie wrażenia – chociaż na początku bywało to trudne. Najważniejsze, że mam wsparcie w najbliższym otoczeniu.
Czego nauczyłaś się o potrzebach swojego dziecka, czego prawdopodobnie nie zobaczyłabyś, gdyby zostało w systemowej edukacji?
Zobaczyłam przede wszystkim, jak różne są moje dzieci i jak zupełnie inaczej przyswajają te same przedmioty. W szkole każdy przedmiot jest tak samo ważny. W domu możemy się skupić i rozwijać w tych tematach, które są dla nich łatwiejsze i bardziej przyswajalne, a „zaliczyć” te, które ich nie interesują. Widzę kiedy warto odpuścić dzień z nauką, bo np. są bardzo pobudzeni, zmęczeni czy po prostu przeziębieni – nie mamy codziennej presji. Gdyby byli w systemowej szkole zapewne nie zauważyłabym ich zachwytów nad poszczególnymi przedmiotami.
Gdybyś mogła powiedzieć coś innym rodzicom OzN, którzy stoją dziś na progu podobnej decyzji – nie radę, ale jedną ważną prawdę – co by to było?
Ufajcie w swojej intuicji. Działajcie w zgodzie z sobą i potrzebami dzieci w ramach możliwości.


