Ułatwienia dostępu

„W praktyce wsparcie dla zdrowego rodzeństwa prawie nie istnieje” | rozmowa z Jowitą Skórą

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłaś, że Twoje dzieci startują z bardzo różnych miejsc – i jak to zmieniło Twoje myślenie o sprawiedliwości w macierzyństwie?

Od samego początku miałam porównanie. Moja córka rozwijała się prawidłowo, bez większych problemów zdrowotnych. Wiedziałam, jak wygląda typowy rozwój dziecka – kolejne etapy przychodziły naturalnie, bez walki o każdą umiejętność. Gdy urodził się Karol, wszystko było inne. Już od pierwszych chwil startował z zupełnie innego miejsca – z problemami zdrowotnymi, z niepewnością, z koniecznością leczenia i rehabilitacji. Przez długi czas żyłam nadzieją, że dzięki terapiom i odpowiedniej opiece uda się te różnice wyrównać. Wierzyłam, że Karol „dogoni” rówieśników.

Wszyscy w domu długo się tej nadziei trzymaliśmy – również moja córka. Przełom przyszedł, gdy Karol miał około dziesięciu lat. Wtedy dotarło do nas, że te różnice nie znikną, a z czasem będą coraz bardziej widoczne. To był bolesny moment, bo razem z nim przyszło poczucie niesprawiedliwości. Z czasem zrozumiałam jednak, że sprawiedliwość w macierzyństwie nie polega na dawaniu po równo, ale na odpowiadaniu na realne potrzeby. Życie nie rozkłada kart równo – możemy jedynie stawiać mu czoła najlepiej, jak potrafimy.

Kim jest dla Ciebie „szklane dziecko” – i co w tym pojęciu najbardziej boli albo nie pasuje do rzeczywistości Twojej rodziny?

„Szklane dziecko” to zdrowe dziecko w rodzinie, w której ogrom uwagi i energii skupia się wokół dziecka z niepełnosprawnością. To dziecko, które często szybciej dojrzewa, uczy się nie dokładać problemów i bywa zbyt odpowiedzialne jak na swój wiek. Najbardziej boli moment, kiedy uświadamiasz sobie, że to pojęcie może dotyczyć twojego własnego dziecka – że twoje konieczne działania wobec dziecka z niepełnosprawnością mają wpływ także na to zdrowe.

W mojej rodzinie ważne było mówienie o tym otwarcie. Rozmawiam z córką o „szklanym rodzeństwie” i za każdym razem słyszę od niej, że nigdy nie czuła się pomijana, że czuła się ważna i widziana. To daje mi ogromną ulgę i pokazuje, jak ważna jest rozmowa zamiast domysłów.

Jak rozmawia się z dzieckiem zdrowym o nierówno rozłożonej uwadze, odpowiedzialności i lęku – tak, żeby nie musiało być „dzielne ponad miarę”?

Od początku stawiałam na szczerość – dostosowaną do wieku dziecka, ale prawdziwą. Nie udawałam, że jest równo, bo dzieci doskonale wyczuwają napięcie. Mówiłam o tym, że Karol potrzebuje więcej opieki, że czasem jestem zmęczona i że nasze zasoby są ograniczone. Jednocześnie bardzo dużo pytałam – jak ona to widzi, co jest dla niej trudne, czego potrzebuje. I uczyłam się słuchać. W pierwszych latach szczególnie dbałam o to, by nasza relacja się nie zmieniła – żeby czuła się nadal ważna i kochana. Dzięki temu nie musiała być „dzielna ponad miarę” i mogła przeżywać wszystkie emocje.

Z jakim poczuciem winy mierzy się najczęściej matka i jak próbujesz się z tym godzić?

Najczęściej jest to poczucie winy wobec zdrowego dziecka – gdy po raz kolejny trzeba odłożyć wspólny czas, bo stan zdrowia drugiego dziecka nagle się pogarsza. Pojawia się myśl: „Znowu ona schodzi na drugi plan”. Choć wiem, że wynika to z konieczności, emocjonalnie długo było to bardzo trudne. Z czasem nauczyłam się, że nierówność nie jest brakiem miłości, ale odpowiedzią na realne potrzeby. Zamiast dążyć do niemożliwej równości, zaczęłam stawiać na rozmowę, jakość wspólnego czasu i uważność.

Poczucie winy czasem wraca, ale już mnie nie paraliżuje. Wiem, że dzieci bardziej niż równości potrzebują obecności i poczucia bycia kochanymi.

Czego Twoje dzieci uczą się od siebie nawzajem?

Karol uczy Emilkę ogromnej empatii i dojrzałości. Uczy ją, że można jednocześnie kochać bardzo i złościć się na niesprawiedliwą rzeczywistość. Uczy ją przeżywania sprzecznych emocji i akceptowania ich. Daje jej też inną perspektywę – problemy rówieśników często wydają się jej błahe, co czasem prowadzi do poczucia wyobcowania, ale też buduje w niej wyjątkową wrażliwość.

Jednocześnie uczymy się, że nie musi być zawsze przy bracie – ma prawo odpocząć i mieć własną przestrzeń. Z kolei Emilka uczy Karola relacji, bliskości i emocji. Jest jego mostem do świata i pomaga mu doświadczać kontaktu z drugim człowiekiem. Uczy się też przy niej rywalizacji o moją uwagę – że mama ma serce podzielone na dwoje. Ich relacja jest trudna i piękna jednocześnie – prawdziwa szkoła życia.

Jakiego wsparcia najbardziej brakuje takim rodzinom?

W praktyce wsparcie dla zdrowego rodzeństwa prawie nie istnieje. System skupia się głównie na dziecku z niepełnosprawnością – na rehabilitacji, orzeczeniach, terapii i świadczeniach – a drugie dziecko często pozostaje niewidzialne. Jeśli rodzic sam nie zacznie szukać informacji i pomocy, nikt z zewnątrz zwykle nie podpowie, że rodzeństwo również może potrzebować wsparcia emocjonalnego. Brakuje rozmów z psychologami, programów dla rodzeństwa oraz realnego zainteresowania całą rodziną jako systemem.

Ale równie mocno brakuje troski o samych rodziców. Wielu z nas funkcjonuje latami w trybie zadaniowym – od terapii do terapii, od wizyty do wizyty – nie dbając o własne zasoby emocjonalne i fizyczne. Pojawia się zmęczenie, wypalenie, poczucie osamotnienia. A gdy rodzic nie ma już siły, cała rodzina zaczyna funkcjonować coraz trudniej. Często zapomina się też o tym, że same dzieci z niepełnosprawnością bywają skrajnie przeciążone. Wszyscy dookoła mówią: rehabilitacja, ćwiczenia, nauka, kolejne zajęcia. Tymczasem te dzieci – tak jak każde inne – mają swoje granice. Zmęczenie, frustrację, potrzebę zwykłego odpoczynku i bycia po prostu dzieckiem.

Brakuje systemowego podejścia, które widziałoby nie tylko cele terapeutyczne, ale też dobrostan całej rodziny – rodziców, zdrowego rodzeństwa i dziecka z niepełnosprawnością. Bo bez zasobów dorosłych i bez uważności na przeciążenie dzieci żadna rehabilitacja nie zbuduje prawdziwego dobrostanu.

Zdjęcie tytułowe: Karolina Grzesiak

Udostępnij ten artykuł komuś, kto powinien go przeczytać!

Facebook
WhatsApp

Zobacz podobne artykuły: