Co sprawiło, że uznałaś, że o wypaleniu rodzicielskim trzeba mówić głośno i publicznie – mimo że to temat wciąż obarczony wstydem i oceną?
Przede wszystkim skala tego zjawiska. Pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym pojęciem. Pomyślałam wtedy “to o mnie”. Ucieszyłam się, że ktoś to nazwał. Do tamtej pory myślałam, że jestem odosobniona w tym doświadczeniu. Zaczęłam zgłębiać temat o wypaleniu rodzicielskim i okazało się, że Polska, według badań, jest najbardziej wypalonym krajem krajem na świecie (!), a skrajnego wypalenia doświadcza co 10 matka i co 50 ojciec (dane dotyczące mężczyzn mogą być niedoszacowane, ze względu na to, że niewielu z nich wzięło udział w badaniach). Wskaźniki te są niezwykle alarmujące, a mimo to wciąż rzadko się o tym mówi. To “słoń w pokoju”. Niewielu rodziców dziwi się, kiedy słyszy ten termin. Większość intuicyjnie rozumie jego znaczenie, a jednak temat, z wielu różnych powodów, nadal jest zamiatany pod dywan. Postanowiłam to zmienić i mówić o wypaleniu rodzicielskim.
Dlaczego Twoim zdaniem wypalenie rodzicielskie matek OzN jest tak często niewidzialne – i komu ta niewidzialność najbardziej służy?
Matki i ojcowie OzN znajdują się w grupie szczególnego ryzyka. Według badań opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnością jest czynnikiem, który zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia tego zjawiska. Wydawać by się mogło, że problem ten powinien być przedmiotem publicznych dyskusji. Tak jednak nie jest. W momencie diagnozy, rodzic jest zmuszony do zupełnej zmiany swojego dotychczasowego życia. Spada na niego ogromna ilość nowych obowiązków, konieczność odnalezienia się w niesprzyjającym systemie, zorganizowania środków finansowych, zdobycia wiedzy z dziedzin, o których wcześniej nie miał pojęcia, często także rezygnacji z aktywności zawodowej. Badania pokazują, że funkcjonowanie w długotrwałym stresie i deprywacji własnych potrzeb, negatywnie wpływa na stan ich zdrowia, a nawet długość życia. Pomimo wielu alarmujących danych dotyczących kondycji psychofizycznej opiekunów, wciąż za rzadko się mówi o wypaleniu rodzicielskim. Nie wzbudzają to zainteresowania, ponieważ traktowane jest jako “norma”. Coś, czego oczekuje się od nich oczekuje, co jest aprobowane społecznie. Ich postawa zazwyczaj jest kojarzona wyłącznie z miłością i troską, nie dostrzega się wszystkich negatywnych konsekwencji, które są pod spodem. Tak jest wygodniej. Dla otoczenia. Dla systemu. Dla wszystkich.
Jaką lukę próbujesz wypełnić, mówiąc i pisząc o wypaleniu rodzicielskim – czego najbardziej brakowało Tobie, zanim sama zaczęłaś o nim edukować?
Przede wszystkim normalizacji. Świadomości, że nie tylko ja tak mam, a to, że tego doświadczam nie świadczy o tym, że jestem złym rodzicem. Bo wypalenie to nie brak miłości do dziecka. Często wynika ono z ogromnego zaangażowania, które wykracza poza zasoby, jakimi dysponujemy w danym momencie. Z długotrwałego stresu. Ze zmęczenia. Z funkcjonowania w systemie, który nie sprzyja, a jedynie oczekuje. Z wysokich standardów, które sami sobie narzucamy. Z samotności. Łatwiej jest nam przyjąć to, że można się wypalić w pracy. Zazwyczaj postrzegamy wypalenie zawodowe jako efekt robienia wielu rzeczy “ponad” przez długi czas. O wypaleniu rodzicielskim myślimy zupełnie odwrotnie – jak o zaniedbaniu. To bardzo krzywdzące. Przez to, że o tym nie mówimy, kiedy sami zaczynamy tego doświadczać, czujemy ogromny wstyd, który sprawia, że chcemy się wycofać, uciec w głąb siebie, ukryć. Żyjemy w przekonaniu, że inni radzą sobie lepiej, co tylko nasila w nas poczucie winy. I błędne koło się zamyka.
Co najczęściej słyszysz od matek, które do Ciebie trafiają – i co te powtarzające się historie mówią o systemowych zaniedbaniach wobec rodziców?
Zdecydowanie najczęściej, że są zmęczone, ale nie mają wyjścia. Robią wszystko, co do nich należy, bo nikt ich przecież nie wyręczy. Wciąż brak rozwiązań, które mogłyby je odciążyć w codziennych zadaniach. Ilość godzin opieki wytchnieniowej nadal nie jest wystarczająca, a w wielu miejscowościach to mit. W dalszym ciągu czekamy na ustawę o asystencji osobistej. Wsparcie lub jego brak uzależnione są często od dobrej woli, środków, które gdzieś się znajdą, albo nie. Nic nie jest gwarantowane. Nie daje poczucia bezpieczeństwa i spokoju. Rodzice podejmują obowiązki, które powinny być przeznaczone dla wielu par rąk. Stają się pielęgniarkami, terapeutami, kierowcami, prawnikami, dietetykami, księgowymi. I każdego dnia towarzyszy im pytanie “kto to wszystko będzie robił, kiedy mnie zabraknie?”
Z jakim największym oporem się spotykasz, gdy mówisz o wypaleniu rodzicielskim – ze strony instytucji, ekspertów, innych rodziców, społeczeństwa?
Nie da się ukryć, że jest to temat raczej niewygodny i mało “sexy”. Instytucje, które zatrudniają rodziców, czyli w zasadzie każda firma, choć wiele mówią o “wellbeingu” i “work-life balance”, jednocześnie bardziej zainteresowane są zwiększaniem produktywności pracowników. Mówienie o wypaleniu rodzicielskim nie jest im na rękę. Bardziej świadomy pracownik może bowiem zacząć wymagać. Odpoczynek i regeneracja wciąż traktowane są w kategoriach kosztów, a nie inwestycji w większy potencjał zatrudnianych osób. Jako “przyjemny dodatek”, a nie podstawowy element troski o dobrostan. W społecznej świadomości wciąż pokutuje przekonanie, że rodzicielstwo wiąże się z wysiłkiem i trudem. To często obserwowaliśmy przecież u naszych rodziców. Zjawisko wypalenia często traktowane jest jak wymysł, efekt życia w terapeutycznej kulturze, która chce diagnozować stany do tej pory uznawane za naturalne. Więc siedzimy cicho. Nie prosimy o pomoc. Udajemy, że sobie radzimy.
Jakiej zmiany naprawdę oczekujesz, mówiąc o wypaleniu rodzicielskim – w codziennym życiu matek?
Żeby zaczęły myśleć też o sobie. Nie tylko. Ale też. Często myślimy o tym w czarno-białych kategoriach. Zakładamy, że kiedy zajmiemy się sobą, to przestaniemy poświęcać uwagę dziecku. Traktujemy to jako jakąś formę “zdrady”. Tak zupełnie nie jest. Chciałabym, aby kobiety uświadomiły sobie, że są dla dzieci największym zasobem, ale ich możliwości i siły nie są z gumy. Prędzej, czy później się wyczerpują. Często zbyt późno to zauważamy. Wierzę, że mówiąc o tym, możemy sprawić, że czerwone lampki wcześniej się zapalą. Bo wcale nie trzeba zderzać się ze ścianą, aby zacząć działać na swoją rzecz.


